Jaki jest sens cierpienia w kontekście SLA?

Zaczęty przez Pawel, 09 listopad 2006, 17:01:59

« poprzedni - następny »

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Do dołu

Wiktoria

Ja nie znajduję sensu w żadnym cierpieniu... Co prawda, diagnoza SLA obraca życie o 180 stopni, ale powiedzcie mi jaki może być sens tego bólu? Byliśmy normalną rodziną, rodzice się kochali, nigdy nie zaznałam biedy ale też ani bogactwa...  Nie mogę się pogodzić dlaczego właśnie mojego Ojca dopadła taka okrutna choroba!! Która za niedługo zrobi z niego bezbronnego, niesamodzielnego człowieka zdanego tylko na śmierć. Nie widzę sensu w tym wszystkim a już na pewno w tym cierpieniu, jak pomyślę, że najgorsze jeszcze przed nami to nie wiem, nie potrafię opisać bólu jak odczuwam... To wszystko jest niesprawiedliwe, nie zgadzam się z tym!!! Chcę się obudzić i pomyśleć, że to tylko zły sen! Czytałam na innych wątkach, że co niektórzy pogodzili się z chorobą, ja nie potrafię i nie wiem czy kiedykolwiek mi się to uda!!! 

anna01

Wiktorio, wiesz, odczuwam zupełnie to samo co Ty. Nigdy nie pogodzę się z faktem, że spotkało to moją Cudowną Mamusię! Czasami jak dzwonię do Rodziców wyobrażam sobie, że odbierze Mamusia i będzie mówić już normalnie, po staremu, jak kiedyś... że wszystko Jej minie i będzie dobrze  :'(  :'(  :'(

DawidaR

Do Bożenki. Cieszę się, tym, co napisałaś, ale nieporozumieniem jest, wybacz, Twoje pojęcie pokory. Ty ją właśnie masz, bo przyjęłaś prawdę o sobie, o swojej kondycji, o swoich możliwościach. Pokora to nie bezradność. Jakby tak było, to religia chrześcijańska oznaczałaby klęskę. Ostatnim słowem Boga nie jest śmierć, Jezus nie pozostał w grobie. Ostatnim słowem jest życie, zwycięstwo. A przecież Jezus jest pokorny ("Uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i pokorny sercem" (Mt 11,29). Walcz, Bożenko, o życie, widząc całą swoją słabość, uznając, że ona jest naprawdę.  To jest właśnie pokora.  Gratuluję.

missi

Strach i ból są nieodłącznymi elementami życia. Prosimy Boga o pomoc, o wytrwanie. Nasze cierpienia i naszych bliskich przyczynia się do tego , że czasami krzyczymy  : "Boże, Ty widzisz i nie grzmisz?". Ból i cierpienie odgrywają ogromną rolę w naszym życiu. Uczą szacunku wobec życia. Dzięki nim doceniamy szczęście, które nas spotyka, stajemy się wrażliwsi na losy naszych bliskich i  innych ludzi. Uszlachetnia nas ,  potrafi umocnić w wierze. Nie jest karą, która spotyka nas za grzechy. Jest  to próba, która pomaga nam zrozumieć sens  życia. Pocieszenie i ratunek w cierpieniu dają przede wszystkim modlitwa, czyli rozmowa człowieka z Bogiem. Nie wolno nam zatracać się w bólu i twierdzić, że Bóg nas nie kocha, bo tak nie jest. Bóg kocha wszystkich ludzi. Chociaż gdy przychodzą chwile zwątpienia , załamania , stajemy się na wszystko obojętni , ale po jakimś czasie wierzymy , ze stanie się cud ? że wyzdrowiejemy, że to nasze straszne cierpienie nie było na darmo , że tak właściwie to do końca nie wiemy dlaczego Bóg zesłał na nas to cierpienie - ostateczny sens naszego cierpienia pozostanie tajemnicą. ...

Myślę, że nikt z nas nie jest tak do końca nie jest przygotowany ani na cierpienie ani też na śmierć . To trudny temat dla każdego z nas . I im bliżej śmierci ? nawet Ci , którzy w trakcie choroby myślą o niej , że stanie się ona dla nich wybawieniem- tak naprawdę w obliczu śmierci ? nikt z nas nie jest do niej przygotowany. Wiemy , że odchodząc , zamykamy za sobą wszystko czym żyliśmy, czym cieszyliśmy się. I gdy ostatecznie wieko trumny zostanie zamknięte , nie ujrzymy więcej tego kogoś wśród żywych ? pozostanie jedynie w naszej pamięci i w sercu ?.

skinner

Ja mam troszkę inny pogląd na te sprawy. Mam osobę bliską, która bardzo ciężko zachorowała na nieuleczalną chorobę. Ta choroba
(nowotwór brodawki vatera)wystepuje równie rzadko jak ALS i również na ten typ nowotworu nie ma żadnego leczenia. Pamiętam jak z mamą jeździliśmy od lekarza do lekarza i wszyscy rozkładali ręce....
Na praktycznie wszystkie nowotwory istnieje jakiś rodzaj mniej lub bardziej skutecznego leczenia, niestety na to cholerstwo nie ma nic, pewnie z tego powodu, że ten rodzaj guza występuje bardzo rzadko   
Pamiętam jak płakałem kiedy operacja mojego ojca nie udała się, zreszta nawet wycięcie tego rodzaju guza w większości przypadków nic nie daje. Mój ojciec bierze udział w eksperymentalnym leczeniu, ale nie wiem czy to coś da....
Na przemian płaczę i nie poddaje się, szukam wszystkiego co możliwe, aby pomóc mojemu Ojcu. Nigdy nie myślałem, że aż tak jestem związany z Ojcem, nigdy nie układało się nam jakos super....
Teraz z mamą i siostrą walczymy o życie Ojca. Ta choroba zmienila nas zupełnie, rozbiła nasze życie na drobne kawałki. Od 10 grudnia 2009 roku żyje jak zombie, nic mnie nie cieszy, nic mnie nie interesuje poza choroba mojego Taty. Na chodniku nie zwracam uwagi na nic, a relacje z ludźmi przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie(zresztą zawsze byłem samotnikiem i pewnie odrobinke mizantropem). W jakimś sensie tego grudniowego dnia po prostu umarłem i wyschłem....
Później na Onecie przeczytałem artykuł o ALS i tak znalazłem sie na tej stronie. Wiem, że nowotwór to coś innego, ale niestety nowtwór vatera to takie ALS wśród nowotworów. Boje się, ze mój ojciec będzie cierpiał i będzie przykuty do łózka z potwornym bólem....
Ja też mam nadzieję, że cos sie ruszy z nowotworem brodawki vatera, ale naprawdę nikt się tą chorobą nie interesuje. Na Waszym forum znalazłem wsparcie psychiczne, wszyscy jesteście WSPANIAŁYMI ludźmi i modle sie każdego dnia o ratunek dla wszystkich śmiertelnie chorych. Nasza rodzina miala plany, pieniądze, mysleliśmy że jesteśmy nietykalni, a Pan Bóg pokazał nam, że co z tego, że mamy pieniądze jak nic nie możemy kupić dla naszego Ojca. Czasami wyobrażam sobie postać Boga, jak stoi i kiwa paluszkiem mówiąc "poczekaj nie jesteś taki hop siup i pewniak jak ci się wydaje". Obwiniam siebie za chorobę mojego Taty, bo nie jeździłem i nie pomagałem Mu na działce, a później dowiedziałem się, że admierny wysiłek fizyczny mógł wywołac tę chorobę. Jeżeli mój Ojciec umrze, NIGDY sobie tego nie wybaczę....
Na początku obwinniałem Boga o wszystko, ale teraz wiem, że ta choroba miała nauczyć czegoś naszą rodzinę i wiem, że Bóg nie ma z nią NIC wspólnego, to jest po prostu czysta biochemia i nauka. Kiedyś wydawało się, że gruźlica będzie na zawsze nieuleczalna, a teraz tak samo jest z ALS i nowotworem mojego Taty. Wiem, że w tym gąszczu róznych substancji w organiźmie ludzkm istnieje odpowiedź na wszystko i ja szukam i będę szukał do upadłego. Jestem człowiekiem, który nigdy sie nie poddaje i po chwilach cięźkich zawsze zbieram się do kupy i walczę. Wiem, że muszę byc gotowy na najgorsze, ale ja nie chcę o tym myśleć i chcę być twardy dla mojego Taty, bo On nie może widzieć mojej słabości i nie zobaczy jej....
dziekuję za wysłuchanie mojej historii i przepraszam za dlugi post
serdecznie pozdrawiam wszystkich i jestem z Wami.
skinner                   

teresa

Witaj skinner.

Cytat: skinner w 12 luty 2010, 00:45:45
Nasza rodzina miala plany, pieniądze, mysleliśmy że jesteśmy nietykalni, a Pan Bóg pokazał nam, że co z tego, że mamy pieniądze jak nic nie możemy kupić dla naszego Ojca. Czasami wyobrażam sobie postać Boga, jak stoi i kiwa paluszkiem mówiąc "poczekaj nie jesteś taki hop siup i pewniak jak ci się wydaje".
skinner                   


Z tego co napisałeś widzę, że Twoje zdanie na temat "Jaki jest sens cierpienia w kontekście SLA?" wcale nie różni się od mojego.

Cytat: teresa w 14 listopad 2006, 12:46:38
Witam wszystkich.
Ja mam podobne zdanie jak mama Malgosi. Również wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wierzę, że Bóg ma swój cel w tym, że tak dotkliwie nas doświadcza / zresztą nie chodzi tylko o SLA, bo istnieje bardzo wiele ciężkich, śmiertelnych chorób/.
Moje życie przed chorobą było bardzo intensywne, żyłam na pełnych obrotach myśląc tylko o swoich dzieciach. Nie widziałam co się dzieje  tuż obok mnie. Choroba pozwoliła mi się zatrzymać, skłoniła mnie do przemyśleń,  zaczęłam zauważać troski, choroby i potrzeby innych ludzi, ale przede wszystkim choroba nauczyła mnie pokory
Skłaniam wszystkich do przemyślenia swojego życia przed i w chorobie, a napewno wyciągną z tego wartściowe wnioski.
Pozdrawiam   ::)


Aby jednak wyciągnąć takie wnioski potrzeba nam czasu, aż opadną pierwsze emocje, złagodnieje bunt a nasz umysł odzyska zdolność "trzeźwego" myślenia.

Bardzo Ci współczuję z powodu choroby Twojego ojca, życzę Ci siły i wiary, że eksperymentalne leczenie stosowane u ojca jednak przyniesie dobre rezultaty.
Dziękuję bardzo za modlitwę.
pozdrawiam
Teresa

skinner

Dziekuję Ci Tereso z całego serca!
Ze wszystkim co napisałaś zgadzam się całkowicie. Czasami zadaje sobie pytanie, czemu spotkało to akurat mojego Tatę, który tak naprawdę był najlepszy z całej naszej rodziny. To jest największa ironia losu. Tato co tydzień chodził do kościoła, modlił się, zupełnie tego nie rozumiem ???.Pewnie faktycznie Los chce nam przez to coś zakomunikować, a ja, moja mama i moja siostra po prostu nie rozumiemy tego komunikatu, a może rozumiemy, ale nie chcemy przyjąc go do wiadomości. A co jeszcze ciekawe, to mój Tato zachorował dokładnie w dzień śmierci swojego teścia i w dniu kiedy jego ojciec podupadł na dobre na zdrowiu i w konsekwencji umarł z powodu udaru. Kurcze jak sobie to uświadomiłem to aż zaniemówiłem. Naprawdę musi istnieć ten inny świat, przy którym nasza rzeczywistość jest tylko marną podróbką, marnym matrixem imitującym to co prawdziwe. Ja w tym momencie mam silne przeczucie, że jesli mój Tata umrze, ja pójdę jego śladem i w ogóle mam jakieś straszne przeczucie, że jak mój Ojciec odejdzie to stanie się coś okropnego....
Trzymaj się Tereso i jeszcze raz dziekuję za Twoje słowa, dzisiaj też pomodliłem sie za wszystkich ciężko chorych ludzi
Czasami mam wrażenie, że ciężka choroba osoby bliskiej jest czymś gorszym niż własna choroba, najgorsza jest ta bezsilność....
Jeszcze raz serdecznie pozdrawiam
Adrian       

isia

Witaj
Dziwi Cię fakt, że to spotkało najlepszego w rodzinie wiesz co bo to tak jest jak to mówią złego nawet licho nie ruszy,a wybrańcami Boga są no na nasze nieszczęście właśnie najlepsi. :'( :'( :'(

lek.spec.

Jaki jest sens cierpienia .
Jako gatunek ludzki jesteśmy wspólną pulą genów przekazywanych z pokolenia na pokolenie prawdopodobnie w przeszłości cierpieliśmy więcej i częściej ponieważ wiele chorób było dla nas zagadką. Rozwój nauk medycznych nie dokonał się sam tak naprawdę część naszych genów prowadzi walkę trwającą od początków dziejów ludzkości /szamani plemienni , lekarze starożytni , lekarze współcześni , naukowcy w zakresie nauk biologicznych , chemicznych i inni/ walkę o otrzymanie puli genów zagrożonych /geny zagrożone to te których nosicielami są osoby chorujące na śmiertelne choroby/ . Dlaczego nam jako gatunkowi zależy na utrzymaniu puli genów zagrożonych. Odpowiedź jest prosta to pełna pula genów sprawiła ,że jako gatunek ludzki uzyskaliśmy przewagę nad innymi gatunkami. Ludzie zdrowi świadomie i podświadomie dążą do ocalenia ludzi chorych /ratowania zagrożonej puli genów/. Mało tego jesteśmy tak zbudowani ,że pomoc innym daje nam poczucie zadowolenia i sprawia ,że czujemy się lepiej /bo tak ukształtowały nas geny/. W tym kontekście cierpienie ma sens ponieważ zwraca uwagę innych na problem utraty pewnej puli genów i mobilizuje pozostałą pulę genów do walki ratującej chorego człowieka. Powyższy tekst można ubrać w filozofię humanistyczną i wtedy wyjdzie nam religia i mistycyzm.     

Katarzyna

Moja mama wczoraj dostała diagnozę szpitalną, ma stwierdzone boczne stwardnienie zanikowe. Jest bardzo źle, niby spodziewaliśmy się takiej diagnozy, od dawna mama ma już problemy z ruchem. Ręce odmówiły posluszeństwa, trzeba pomóc sie jej ubrać, umyć, każda codzienna czynnośc wymaga pomocy. Mama jest bardzo nerwowa, nie może pogodzić się z tym, że sobie nie radzi ze zwykłymi czynnościami. Nie chce ćwiczyć, mam wrażenie że zupełnie już odpuściła. Jeszcze teraz jak już dostała czarno na białym diagnozę, nie wiem jak to teraz będzie. Zawsze była w ciągłym ruchu, a teraz sama nie może z niczym sobie poradzić...

anula680

Nie cierpienie, ale umiejętność cierpienia się liczy.Pierwsze mają wszyscy,ale drugie niewielu.Przyjmij chorobę z pogodą ducha, a zyskasz wielkie zasługi dla siebie i  dla swoich bliskich .                                                                                                                                                                                                                                  Ojciec Pio
           
Nigdy nie czekaj do jutra, by powiedzieć komuś, że go kochasz. Uczyń to dzisiaj. Nie myśl: "Moja mama, moje dzieci, moja żona lub mąż doskonale o tym wiedzą". Miłość to życie. Istnieje kraina umarłych i kraina żywych. Tym, co je różni, jest miłość.


Bruno Ferrero

wiesia_m

Witam.

Gdy zadałam to pytanie mojemu mężowi Tadzikowi  ''Jaki jest sens cierpienia'' odpowiedział że poprzez swoje cierpienie czuje się wybrańcem BOGA.

Pozdrawiam. wiesia

Jado

Pytanie o sens cierpienia jest tuż obok pytania o sens życia...
Pamiętam gdy spotkałem się z Pania doktor, która opiekowała się tatą podczas pobytu na oddziale neurologii..... Zawsze dochodzi do momentu, pytania o dalszą przyszłość....
Na pytanie o rokowania odpowiedziała "rokowania są złe"....
Gdy wyszedłem z jej gabinetu przyszła mi do głowy myśl, że my wszyscy mamy złe rokowania.... Bo czy komukolwiek udało się oszukać śmierć?....
To tylko kwestia czasu....
Pytanie - co możemy z tym czasem, który nam pozostał zrobić.....Czy możemy mu nadać jakiś sens?....

szucia

Bardzo mi się podoba post JADO,ŚWIETNY!,bo chodzi o nadanie sensu dniom,które pozostały....w samym cierpieniu sensu nie widzę...ale...czasami takie cierpienie pokaże dużo spraw...cieszę się,że mam takie, a nie inne doświadczenia..

Jado

Na pewno zetkniecie sie z tak ciezka choroba (ta i wielu innymi) zmienia nasze spojrzenie na swiat (a przynajmniej moze).  Uwrazliwia na cierpienie drugiego czlowieka, wyzwala w nas chec pomocy, wzajemne relacje pacjent-opiekun moga stac sie jeszcze blizsze.
Ilez wspanialych inicjatyw powstalo z tego powodu, ile fundacji, ile dzialan ludzi.
I latwiej odroznic co jest wazne, a co nie  :)

szucia

Nie Pandzik,są i tacy ktorzy są, jak piszesz, i są tacy, ktorzy wyją i mają gdzieś ten" bełkot" o darze każdego dnia...ps.trzeba poznać naprawdę różnych chorych i ich spojrzenie....

gosia1981

Cytat: szucia w 26 kwiecień 2013, 21:12:09
Nie Pandzik,są i tacy ktorzy są, jak piszesz, i są tacy, ktorzy wyją i mają gdzieś ten" bełkot" o darze każdego dnia...ps.trzeba poznać naprawdę różnych chorych i ich spojrzenie....
ja jestem jedna z tych.dobrzwe to ujelas

izaksiazek

Kochani moja córka ma 41 lat,choruje oficjalnie od 2005roku,ale pierwsze objawy wystąpiły 10 lat temu w 4 m-cu ciąży.Nie chodzi ,nie mówi i nie porusza rękami.Porozumiewa się tylko przez komputer pisząc ruchem głowy.Dużo płacze,a ja przypominam sobie jak była malutka i tuliła się do mnie .Sądziłam,że obronię ją przed każdym złem.Teraz jestem bezsilna i zrozpaczona.Pęka mi serce.Wychowuje również jej córkę.Ma 10 lat i ma chaos w głowie.Zaczynam popadać w depresję,bo czuje,że wpadłyśmy w jakąś koszmarną pułapkę.Nie uważam tego za wyróżnienie przez Boga.Moje dziecko cierpi,wnuczka patrzy na jej powolne umieranie ,co zostawi z pewnością uraz na jej psychice.Również była córka u dr.Tomik,poza tym u wielu innych lekarzy w Warszawie i Łodzi.Leczona była też na -boleriozę na Śląsku i w Krakowie.Czekamy na cud wspólnie z jej małą córeczką,ale jest to coraz trudniejsze.

szucia

Droga Izabelo,tak strasznie mi przykro,znam Twoje posty,nie jesteś tu od wczoraj....No właśnie,co dalej,cierpią wszyscy,chory i rodzina..córeczka Twojej córeczki,bo dla Ciebie zawsze będzie córeczką...Łzy sie cisną czytając Twoje słowa....Mało moze to wspierające,ale niestety,nie mozesz sobie pozwolic na depresje,a ona Cię dopada..wcale się nie dziwie..ale sily na pewno Ci dodaje fakt,że musisz ..i dasz radę..... Choroba,to nie żaden dar,to próba ,ale nie wiem po co,jeszcze nie jestem na takim etapie,moze kiedys to zrozumiem...Tak myslę,że Twoja miłośc do Twojej Córki,do wnuczki,jest na tyle silna,że tej Wartości obie nie zapomną...To bardzo dużo...Bardzo Ci wspólczuję,tego, co przeżywasz trudno opisać.....Mnie jest trudno ,coraz trudniej po odejściu mamy,tata w śpiączce,ale w porównaniu do cierpienia własnego dziecka,to chyba jeszcze trudniejsze....Wielki żal i tyle. Bądz silna i zdrowa,tego Ci życzę i mimo wszystko  radosnych(,choc niekiedy), dni dla Małej,powinna je mieć,jest dzieckiem..No i tej wiary w cud też Ci życzę..Cieple pozdrowienia,Kasia

wiesia_m

Izuniu!

Zgadzam się z Kasią. Gdy zadałam to pytanie mojemu mężowi to była jego odpowiedź,  że czuje się wybrańcem BOGA, natomiast Ja czuję to odwrotnie ale nie chce zagłębiać się, dlaczego akurat mąż a nie kto inny zachorował.
Na pewno patrząc na cierpienie własnego dziecka serce krwawi z bólu. Bardzo Ci współczuję i podziwiam ,że jesteś taka dzielna. Bądź dalej taka dzielna, życzę dużo sił i tego cudu na który czekasz ( jak my wszyscy ).

Pozdrawiam. Wiesia

Do góry