Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.

Pokaż wątki - mplo

1
Witam wszystkich,
mam na imię Marta, jestem żoną chorego na SLA 39-latka.
Diagnoza (październik 2011) nastąpiła bardzo szybko. Już lekarz kierujący do szpitala w rozpoznaniu wpisał SLA ze znakiem zapytania, mimo, że Rysiek miał tylko problem z kciukiem i początkowe zaniki mięśni rąk i obręczy barkowych. Szpital wypisał męża ze szpitala po 9-10 dniach z rozpoznaniem: ,,choroba neuronu ruchowego".

Ale nie o tym chciałam pisać. Opowiem Wam historyjkę z życia wziętą.

Miesiąc temu Rysiek zakrztusił się jedząc budyń (ok. 14:00). Przez kolejne 2 godziny próbował odkaszlnąć, ale z wiadomych przyczyn nie mógł tego zrobić. W końcu był już tym tak zmęczony, że zaczął płakać, czego następstwem było zatkanie nosa ,,smarkami". W pewnym momencie wyszeptał ,,dzwoń po pogotowie", co też uczyniłam. Na szczęście nie musiałam długo prosić o przyjazd karetki i po ok. 10-15 minutach karetka na sygnale do nas przyjechała.

Ratownik zapytał mnie, co się dzieje, a następnie chcąc sprawdzić kontakt z chorym, wrzasnął do mojego męża ,,jak się pan czuje?". A Rysiek (który nieco uspokoił się wiedząc, że jedzie pomoc) odpowiedział: ,,ale niech pan nie krzyczy mi do ucha". Kolejny raz potwierdziło się stwierdzenie, że niepełnosprawni fizycznie są traktowani jak niepełnosprawni psychicznie ( o tym pisała Kaja w ,,Ołówku"). Już kiedyś lekarka rodzinna wrzeszczała do mojego męża, zamiast normalnie mówić.

Ale wróćmy do głównego wątku: ratownik zbadał męża, stwierdził niższą saturację i szmery w płucach i powiedział, że trzeba zabrać Ryśka do szpitala. W oczach mojego męża pojawiło się przerażenie, ale cóż, nie było innego wyjścia.

Poprosiłam ratowników, aby pozwolili mi jechać z Ryśkiem. Zastrzegli tylko, że pod żadnym pozorem nie mam odpinać pasów bezpieczeństwa. Po chwili jazdy wiedziałam dlaczego: karetka na sygnale pędziła do szpitala, a że było ok. 16:30 i ruch był spory, szybka jazda połączona była z częstym hamowaniem i zwalnianiem. Dodajmy do tego jakość polskich dróg, szczególnie koleiny i studzienki na środku drogi, więc podróż była pełna wrażeń. Najlepsze było jednak to, że rajd po Gdyni spowodował, że Rysiek odkrztusił w końcu zalegającą flegmę i  już na izbie przyjęć okazało się, że szmerów nie ma, a saturacja wróciła do normalnego poziomu (co było też spowodowane podaniem tlenu w karetce). W szpitalu zrobiono RTG płuc, pobrano krew. Okazało się, że wyniki nie są złe, biorąc pod uwagę ciężką restrykcję płuc. Pani doktor chciała zatrzymać Ryśka na noc, by następnego dnia zrobić bronchoskopię, ale mój mąż stwierdził, że już czuje się dobrze i chce wracać do domu. Na nic się zdały namowy oraz możliwość pozostania z mężem w szpitalu. Tak więc ,,pacjent na żądanie" opuścił szpital. Karetka odwiozła nas do domu, Rysiek z uśmiechem na twarzy  i w dobrym humorze wrócił do swojego ,,gniazdka".

Wniosek jest taki: jak Rysiek następny raz się zakrztusi, wezmę go na przejażdżkę po dziurawych drogach ;). A mandat za przekroczenie prędkości prześlę do NFZ-u z prośbą o zwrot kosztów tytułem ,,zaoszczędzenia" kilkuset złotych za wezwanie karetki i badania w szpitalu.

Na koniec dodam, że w odniesieni u do tej historii bardzo dobrze oceniam pracę naszej służby zdrowia, począwszy od dyspozytora pogotowia, przez ratowników, na lekarce i pielęgniarkach kończąc.